W tym miejscu będę publikował opowiadania-bajki zatytułowane "Nasza Stasia w Ameryce"

Pięć części

Nasza Stasia w Ameryce

 

Postanowiłem opowiedzieć Państwu o kilku zdarzeniach z ostatnich 20 lat życia Stasi, która zmarła mając 88 lat w Sopocie. Była z pozoru kobietą zwyczajną, ale gdy zaczynała wspominać o swojej przeszłości... 

Już w młodości przeżyła niejedną tragedię typową dla Polek żyjących na kresach wschodnich II Rzeczpospolitej w XX wieku. O tych wydarzeniach związanych z odzyskaniem niepodległości, troski o jej powodzenie i rozwój, walkę o przetrwanie wojny i zrozumienie dziwnego stanu PRL-u opowiada wiele osób, ale o tajemnicach życia na emigracji zarobkowej niewiele.

Te wcześniejsze walki, poświęcenia i starania stały się w jej życiu kolejnymi lekcjami nadziei i dystansu do świata materialnego i głębokiej wiary w Bożą opiekę nad prostą kobietą. Nie myślała od razu o wieczności, ale o przyszłości, którą przynosił każdy następny dzień. Najbardziej troszczyła się o swoją liczną rodzinę, była bowiem trzynastym dzieckiem. Jako najmłodsza dużo zawdzięczała starszemu rodzeństwu.

Wyjątkowe jest to, że mając 68 lat i będąc osobą drobną, niskiego wzrostu i niewielkiej wagi, ruszyła na podbój Ameryki. Tak zawsze nazywała Stany Zjednoczone Ameryki. Było to możliwe dzięki zaproszeniu otrzymanemu od swojego najstarszego i ukochanego syna Ryszarda. On będąc w Polsce mechanikiem i kierowcą samochodów ciężarowych przez Austrię w latach osiemdziesiątych dostał się do USA. Pochodził z rodziny z wielkimi tradycjami. Jego oblicze biło godnością i dostojeństwem, co sprawiało, że miał w życiu wiele szczęścia. Komunizm uwierał jego wolną duszę i miał fach, który był w latach osiemdziesiątych XX wieku poszukiwany za oceanem. Szybko dał się poznać jako dobry mechanik i jeszcze lepszy kierowca, zarabiał dobrze i po kilku latach ciężkiej pracy zakupił pierwszego wielkiego traka i ruszył w trasę wożąc towary usługowo. Po kilku następnych latach był już właścicielem dobrze prosperującej firmy. Zatrudniał także Polaków. Z powodu długiej rozłąki zakochał się i ożenił z nową amerykańską żoną. Poznał ją, na Florydzie i wtedy okazało się, że ona przebywała tam nielegalnie, później przysporzyło mu to wielu problemów. Nie czuł się jednak szczęśliwy, ale do Polski chciał wrócić dopiero na emeryturę. Czasami wysyłał do rodziny dolary, ale postanowił również zaprosić do siebie kogoś z bliskich. 

Jako pierwsza zgłosiła się jego mama, która miała już 68 lat. Wyjeżdżała więc z Polski, by odwiedzić swojego syna, ukoić własną tęsknotę i jego rozterki, ale by wrócić po dwóch miesiącach do Polski. Wszystko zostało w rodzinie ustalone, ale nikt się nie spodziewał, że Stasia miała własny ukryty plan. Po kilku kurtuazyjnych spotkaniach, rozmowach i zachwytach nad osiągnięciami syna zaczęła rozglądać się za pracą. Słyszała o niej w polskim kościele, w Hartfort. Przyprowadzała syna na niedzielną mszę jak dawniej, gdy był dzieckiem, ale gdy on wyjeżdżał miała więcej samodzielności. Nowa synowa nie była dla niej zbyt życzliwa więc Stasia wymykała się z domu na modlitwę do kościele również w ciągu tygodnia. 

Z czasem rozpoznawała już Polaków, którzy tam przybywali i po modlitwie zatrzymywali się, by porozmawiać i podzielić się informacjami i spostrzeżeniami. Odbywała się też tam giełda ofert pracy, dobrych i złych, a nawet ryzykownych. Można tam było skorzystać z nieaktualnych egzemplarzy „Dziennika Związkowego”, czyli najstarszej gazety polonijnej. W czasie tych spotkań nauczyła się analizować ogłoszenia pracy. Zresztą prenumerował ją Ryszard od przybycia do Stanów. Najpierw nieśmiało, a później z coraz większą nadzieją zaczęła ją czytać i przeszukiwać ogłoszenia. Gdy wybrała jakieś ogłoszenie, szła do kościoła i zaczynała rozmawiać o nim z innymi doświadczonymi Polkami. Brała pod uwagę tylko prace służebne: sprzątanie, pracę w kuchni, opiekę nad osobami starszymi lub dziećmi itp. Stopniowo zaczęła też wypytywać syna, jakie są warunki pracy i co jest, a co nie jest legalne oraz jakie są konsekwencje, a najważniejsze było, czy nie narazi go na jakieś nieprzyjemności.

            Oczywiście Ryszard nie chciał słyszeć o pracy mamy. Zresztą każdy uważałby, że praca „staruszki” w tym wymagającym kraju jest nieporozumieniem i że zapewne nie znajdzie ona zatrudnienia, bo przecież jej praca nie będzie efektywna, wydajna. Stasia jednak, nie tylko była osobą głęboko wierzącą i rozmodloną, ale miała w sobie „coś”, co jednało jej ludzi. Pochodzenie szlacheckie wycisnęło na jej obliczu godny wygląd i troskę o elegancki ubiór (co nie znaczy drogi), miała wyprostowaną postawę, spoglądał z uśmiechem w każde oczy i nigdy się nie skarżyła. Przez kilka tygodni nauczyła się podstaw języka angielskiego i zaczęła rozumieć hiszpański, dobrze czuła się z osobami pochodzenia włoskiego. Nawet czasami uchodziła za Hiszpankę lub Włoszkę.

            Po dwóch miesiącach oświadczyła synowi, że postanowiła na razie nie wracać do Polski i podjąć pracę, ponieważ musi pomóc rodzinie. Mógł to odbierać jako aluzję, bo większość jego dochodów kasowała „żona amerykańska” – tak ją nazywała Stasia. Ona tymczasem wszystko co miała rozdawała krewnym i tym, o których sądziła, że się im pomoc należy, np. wnuczkom. Uważała, że sama wiele nie potrzebuje na starość, a innym wszystko może się przydać.

            Syn stanowczo jej odradzał podejmowanie jakichkolwiek prób, ale w końcu musiał matkę wysłuchać i zgodził się na pracę, która według niego wydawała się najłatwiejsza, czyli na opiekę nad dziećmi. Uważał, że dzieci swoją aktywnością, szybką ją zmęczą a ona zrezygnuje i wszystko wróci do normy.

Stasia wybrała za pierwszą swoją pracę ofertę z Nowego Jorku, czyli około 200 km od Hartford. Był to duży kłopot dla syna. Najpierw wybrał się do rodziny, która chciała zatrudnić Stasię. Przedstawił ją jako staruszkę, która może mieć problemy w nawiązaniu kontaktu z dziećmi, rozmawiał z rodzicami i dziećmi. Rodzina zatrudniająca Stasię wydawał mu się dość dziwna. Byli zamożni, posiadali duży własny dom na Bronxie, a przecież przybyli do Stanów przed kilku laty. Stasia miała opiekować się dziećmi, rozmawiać z nimi po Polsku i zachowywać zwyczaje narodowe. Obowiązki były więc dość łatwe, ale nie określone dokładnie. Wynagrodzeniem było 150 dol. za tydzień płatne w sobotę oraz utrzymanie. Przygotowano jej pokoik na poddaszu o niewielkich rozmiarach, ale syn wiedział, że to jej nie będzie przeszkadzało. Oczywiście praca była nielegalna.

Przywiózł matkę do Nowego Yorku w następną sobotę i zobowiązał do stałego codziennego kontaktu telefonicznego. Jak się domyślał ta praca jej nie odpowiadała i nadal, już na miejscu Stasia zaczęła szukać „lepszego” zatrudnienia. Codziennie chodziła do polskiego kościoła, przyglądała się ludziom i po kilku tygodniach wybrała panią podobną do siebie. Spotykała ją też w parku, do którego chodziła z dziećmi. Jej nowa koleżanka, Helena, opiekowała się staruszkami, z którymi też rozmawiała po Polsku. Helenka była skarbnicą wiedzy o sposobach zarobkowania w okolicy. Do niej zwracali się pracodawcy polskiego pochodzenia poszukujący taniej siły roboczej. Ona wspomniała Stasi o prowadzeniu przez polskiego „bossa” szwalni. Zatrudniał on tylko Polaków, czasami nielegalnie. 

A Stasia miała męża, który w czasie wojny i później trudnił się krawiectwem. Pomagała mu w pracach wykończeniowych. Gdyby udało się jej zatrudnić w szwalni byłaby szczęśliwa. „Boss” nie miał wielu doświadczonych pracowników, więc Stasię chętnie przyjął. Skierował ją do „polskiej agencji”, która zajmowała się załatwianiem wszelkich spraw Polaków mieszkających w Stanach legalnie i nielegalnie. Między innymi zajmowała się załatwieniem fałszywych numerów identyfikacji podatkowej (social securiti number), rozliczaniem podatków, wysyłaniem zgłoszeń na loterię (green cart), wynajem mieszkań, itd. 

Boss był człowiekiem bardzo miłym i usłużnym dla polskich emigrantów. Tak również odbierała to Stasia i nie mówiąc nic synowi postanowiła porzucić opiekę nad dziećmi.

Z porad innych Polaków wiedziała, że pracodawców trzeba powiadomić o tym w sobotę po odebraniu tygodniowego wynagrodzenia. Wtedy też podkreśliła, że odejdzie dopiero wtedy, gdy jej dotychczasowi pracodawcy znajdą następczynię. Niestety zachowali się arogancko i natychmiast wyrzucili ją z domu. Miała przy sobie walizeczkę ze swoimi rzeczami i 150 dolarów, ale nie chciała telefonować do syna, aby nie robić mu kłopotów. Ponieważ praca zaczynała się w poniedziałek, a z Helenką umówiła się w parku w niedzielę wieczorem, nieco zagubiona, odmawiając różaniec, poszła do parku, aby tam przenocować na ławeczce. Gdy nadeszła noc, a park pustoszał, postanowiła ukryć się w krzakach. Tam przygotowała sobie legowisko i marznąc liczyła na to, że jakoś przetrzyma do niedzieli. Zgromadziło się tam kilka kotów, które przytuliła, a one ją ogrzewały.

Tymczasem po północy podjechała limuzyna, a z niej wysiadła elegancka pani i ruszyła prosto w jej kierunku. Okazało się skwer był schroniskiem kotów, które pani Irena codziennie około północy dokarmiała. Tym razem wracała z koncertu i dlatego była tak elegancko wystrojona. Stasia zaskoczona i nieco przestraszona zapytała ją po polsku: „Co Pani tu robi?” Jej zaskoczenie było jeszcze większe, gdy usłyszała: „Dokarmiam moje koty, ale co Pani tu robi?” Stasia nieśmiało i króciutko opowiedziała o wyrzuceniu jej z domu przez ostatnich pracodawców. 

I tu zaczyna się jej kariera. Spotkały się bowiem Panie o podobnych duszach i przeżyciach, doświadczeniach. Tylko religijność je różniła, ale pobieżnie. Irena zabrała ją do auta, choć Stasia się broniła i nie chciała przenocować w domu. Irena ze swoim mężem też nieco się obawiali Stasi, więc przygotowali jej posłanie na tarasie, nakarmili, pozwolili się umyć, ale długo życzliwie ze sobą rozmawiali o swoich przeżyciach. Po śniadaniu odwieźli ją do kościoła polskiego, aby tam spotkała się z Helenką, u której początkowo zamieszkała. Wszyscy poczuli między sobą coś szczególnego. Irena miała przecież kucharkę, Polkę, ale dopiero przy Stasi, poczuła się szczególnie swobodnie, co zauważył jej mąż i postanowił wykorzystać to szczególne zrządzenie losu albo opatrzności Bożej. Dlatego przed kościołem zobowiązał Stasię do złożenia przysięgi, że jeśli on umrze, Stasia porzuci pracę w szwalni i zaopiekuje się jego żoną – Ireną. Ona bowiem była artystką, która nie potrafiła zajmować się sprawami codziennymi, bieżącymi i materialnymi.

Cóż Stasia miała zrobić, przyrzekła, że tak uczyni, sądząc, że zapewne nikt jej w przyszłości o pomoc nie poprosi. Ale tak przybliżyła się kariera Stasi w USA. Spotkało się kilkoro ludzi, którzy wzajemnie zaczęli się wspierać.

W szwalni

 

W poniedziałek obie panie przed czasem stawiły się w szwalni. Dla Stasi było to duże doświadczenie. Krawiectwo znała z pracy w systemie cechowym, a w szwalni pracowano na dużej hali, na której stało kilkadziesiąt maszyn do szycia. Wszystkie panie wykonywały jeden rodzaj zlecenia. Szyły bluzki, spódnice, spodnie, koszule i sukienki, czyli było to krawiectwo lekkie. Najważniejsze było wszywanie metki z napisem mówiącym, że zostało wykonane na terenie USA. Maszyny były podobne do używanych w Polsce, każda miała własne oświetlenie, wygodne miejsce do pracy. Bossowi zależało na szybkim wyprodukowaniu zamówień. Każda szwaczka pracowała na swój rachunek i była rozliczana w sobotę. Pracowano maksymalnie od godziny ósmej do osiemnastej. Przerwy na posiłek można było sobie zrobić według własnej potrzeby. 

Już w pierwszym tygodniu Stasia wypracowała nieco większą kwotę, prawie 200 dolarów. Do tej kwoty dochodziła możliwość zamieszkania w jednym z domów bossa. Otrzymała łóżko w mieszkaniu jednopokojowym z dużą kuchnią i łazienką. Nocowały w nim trzy kobiety. Za miejsce noclegowe musiała kilkadziesiąt dolarów miesięcznie płacić żonie bossa. Wygodne było to, że w okolicy mieszkali sami Polacy, a niedaleko był zakład pracy i kościół, do którego Stasia starała się uczęszczać codziennie wieczorem. Boss w ciągu 10 lat od przybycia do Stanów Zjednoczonych Ameryki stworzył małe imperium. Był właścicielem szwalni, wielu domów i sklepów. Interesy robił z Amerykanami łatwo, ale korzystał z pracy Polaków. Przyjmował każde zamówienie stosownie do mody i życzeń klientów.

Stasia szybko zaangażowała się w pracę, chciała dużo zarobić, więc wszystko wydawało się jej przyjazne, a ludzie życzliwi. Ryszard o wszystko się wypytywał i był nieco bardziej krytyczny. Z czasem o wszystkim się dowiedział, czyli że mama przeprowadziła się, a praca w szwalni nie była lekka i łatwa. Początkowo nie był zadowolony, bowiem jego przypuszczenia, że mama znuży się opieką nad dziećmi, porzuci pracę i wróci do Polski, już się nie spełni. Przecież pamiętał, iż mama lubiła krawiectwo. Czasami mawiała, że przy szyciu odpoczywa psychicznie i się uspakaja. Zanosiło się więc na dłuższy jej pobyt w USA.

Pojawiało się więc pytanie o legalność pracy i o ubezpieczenie. Za wskazaniem bossa wszyscy Polacy u niego zatrudnieni zgłaszali się do agencji, która pod szyldem firmy turystycznej załatwia pracę, legalne lub fałszywe pozwolenia, ubezpiecza, opłacała podatki i przekazywała pieniądze do Polski. Była ona prowadzona również przez Polaków. Jej działalność była ważna szczególnie dla tych, którzy nie znali języka i przebywali w Ameryce nielegalnie. Nie mogli przecież korzystać z pomocy społecznej i opieki państwa. Czuli się choć troszeczkę bezpieczniej i sądzili, że wszystkie formalności są uczciwie realizowane i prawdziwe. A tak nie było, o czym będzie mowa później.

Ryszard od razu domyślał się, że działalność gospodarcza bossa i agencji jest podejrzana. Polskie pracownice otrzymywała znacznie niższe wynagrodzenie niż Amerykanki. Choćby z tego powodu podejrzana była legalność funkcjonowania zakładu. Stasia uspakajała go jednak tym, że w kamienicy pod jej przydzielonym noclegiem, mieszkał ojciec bossa. Czyli można było sądzić, że syn nie narażałby ojca na interwencję Emigration (organizacji, która poszukiwała nielegalnych emigrantów, aby ich deportować do krajów pochodzenia).

Początkowo Stasi wszystko się podobało. Szybko doszła do wprawy i z każdego tygodnia mogła odłożyć ponad 200 dolarów. Pieniądze chowała w sienniku. W nocy, w tajemnicy przed współlokatorkami wszywała je. Niestety nie mogła ich przekazać synowi, bo jego „amerykańska żona” wyciągała i wspierała swoją rodzinę. Z czasem pojawił się problem dostarczenia gotówki do Polski.

W końcu część swoich dochodów powierzyła Ryszardowi, ale gdy się dowiedziała, że nie cała kwota dotarła do kraju zaczęła szukać innych sposobów. Rady szukała najpierw u Helenki. Ta jej poradziła, aby banknoty owijała folią aluminiową i wysyłała pocztą. Wtedy pracownicy poczty amerykańskiej nie są w stanie przez kopertę poznać, że są w niej pieniądze. Ale to nie gwarantowało tego, że polscy pocztowcy nie wyjmą z listów banknotów. Gdy jeden z nich został okradziony, postanowiła wysyłać do Polski paczki z różnymi produktami, a w nich ukrywać banknoty. 

Sprawa stawał się pilna, gdy po kilkunastu miesiącach zgromadziła pokaźną sumę. Przyznała się Helence, iż nie oddaje wszystkich pieniędzy synowi, ale chowa je skrzętnie, wtedy po kilku dniach, ktoś kto miał klucze do mieszkania okradł ją, ale humanitarnie. Nie zabrano jej wszystkich pieniędzy, ale tylko dwa tysiące dolarów. Była to dotkliwa strata. Za tę kwotę można było w Polsce kupić dobry samochód. Wtedy po raz pierwszy poczuła się źle w Ameryce, prawie tak, jak w Polsce w czasie okupacji lub komuny, kiedy to trzeba było ukrywać swój majątek, a szczególnie dolary. Należało inaczej dostarczyć pieniądze do Polski. 

Oficjalnych przelewów bakowych nie mogła wykonać, a przez Western Union jeden z przelewów do wnuczki dotarł dopiero po kilku miesiącach, gdy wszyscy pogodzili się z myślą, że pieniądze przepadły. Zresztą z wypełnieniem formularzy miała problemy, a nie chciała nikogo prosić o pomoc. Dlatego postanowiła uprosić syna, aby zaprosił do USA jej wnuczkę, córkę siostry Ryszarda - Annę. Miała ona przyjechać na kilka tygodni, a w drodze powrotnej przewieść pieniądze do Polski. Wybrano ją również dlatego, że dobrze nauczyła się języka angielskiego i właśnie ukończyła studia. Jako woluntariuszka pomagała w czasie zjazdu „Solidarności”, co zapewne przyczyniło się do uzyskania wizy.

Stasia opiekowała się Anią od dzieciństwa i miała z nią bardzo dobre relacje. Nadto zaczynała za nią tęsknić. W ciągu dnia, gdy była zajęta pracą, tego nie odczuwała, ale wieczorem, w czasie odpoczynku wspomnienia rozbudzały tęsknotę. Pewnym ukojeniem była codzienna modlitwa. Do kościoła polskiego miała przecież tylko kilkaset metrów, ale modlitwa raz pomagała, a innym razem wywoływała wspomnienia, szczególnie w święta, rocznice urodzin i daty imienin. Czasami próbowała ją ukoić radością z zarobionych dolarów, ale przecież mogła je w każdej chwili stracić.

Święta Bożego Narodzenia w Ameryce

 

     Święta poza krajem są szczególnie trudne do radosnego przeżywania. Tęsknota dokucza jej coraz bardziej i dlatego na przyjazd Ani cieszyła się babcia Stasia i udzieliło się to wujkowi, Ryszardowi. Jednak jego żona była wyraźnie niezadowolona. Traciła swoją pozycję najważniejszej osoby w życiu Ryszarda na rzecz mamy i siostrzenicy. Tym bardziej, że Ania była radosną, ładną osobą i wyobrażała sobie, że jedzie przybliżyć im nieco polskości i ducha religijnego świąt. Zabrała więc opłatek, Pismo św. i prezenty, które najczęściej były drobnymi rzeczami wykonanymi ręcznie. Miały więc charakter, bardziej sentymentalny niż materialny.

Do ostatniej chwili nikt jednak nie pomyślał, gdzie Ania będzie mieszkała i co będzie miała robić przez trzy miesiące. Po pierwszych radosnych chwilach Ryszard i Stasia musieli udać się do pracy. Ania w domu Ryszarda nie czuła się dobrze. Jego żona dawała jej odczuć, że nie jest mile widziana, ale najlepiej czuła się w obecności babci. Ustalono więc, że przeniesie się do Stasi, ale Ania też chciała sobie nieco dorobić i widziała większe szanse w Nowym Yorku. 

Stasia chciała ustąpić jej swoje łóżko, a sama zamierzała nocować na podłodze na materacu, ale Ania się na to stanowczo nie zgodziła. Współlokatorki również chętnie przyjęły młodą dziewczynę, która wniosła w ich monotonne życie wiele odmiany i radości. Przywiozła zresztą wiele ciekawych wiadomości, które można było skonfrontować z krótkimi informacjami z listów i telewizji. Najczęściej Ania mówiła, że w Polsce nie jest aż tak źle, jak narzekają w listach bliscy prosząc o dolary.

Ania każdego dnia odprowadzała Stasię do szwalni i odbierała ją po pracy. Przygotowywała posiłki, a wieczorem szły na nabożeństwo do kościoła. Razem odmawiały modlitwy za swoich bliskich. Ania dziwiła się, że babcia o wszystkich pamięta i za wszystkich się modli. Dużo rozmawiały, Stasia wspominała i opowiadała historie rodzinne. Stasia opowiadała o trudnych losach na Wołyniu, o dobrych i gorszych stronach, o majątku i życiu na kresach i w czasach powojennych. 

     Po tygodniu Ania poprosiła Stasię, aby załatwiła jej jakąś pracę u bossa. Zaproponowano jej zajęcie najprostsze, bo obcinanie nici po zakończeniu szwów, które zawsze zostają po szyciu. Ponieważ praca wydawał się bardzo łatwa, a wynagrodzenie według normalnej stawki więc Ania zgodziła się z radością, dodatkowo łączyło się to z ciągłym przebywaniem z babcią, a Stasia zobowiązała się wprowadzić ją do trybu pracy w szwalni. Po tygodniu próby Ania zarobiła 250 dolarów, co wydawało jej się dużym sukcesem i nie zwracała uwagi na bolące dłonie od ściskania nożyczek. Z czasem jednak, ponieważ nie dbała o swoje dłonie, nie namaszczała ich, nie rozluźniała, zaczęły jej puchnąć i boleć, tak bardzo, że pod koniec pobytu, po dwóch miesiącach pracy, opuchlizna nie schodziła, a odciski dokuczały jej bardzo. Nigdy jednak nie dała tego poznać po sobie i zawsze zachwalała przed Stasią to zajęcie.

Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia. Obie snuły marzenia, jak wszystko ładnie i po polsku przygotują, ale zderzenie z rzeczywistością kultury amerykańskiej było przykre.

Ryszard, w te pierwsze w Ameryce święta z matką i siostrzenicą, wyjechał w trasę. Usprawiedliwiał się, że pozyskał bardzo dochodowy kurs i warto go wykorzystać. Ania szybko zauważyła, że nie umiał rozwiązać konfliktu miedzy nimi, a swoją żoną „amerykańską”, która coraz bardziej niechętnie odnosiła się do teściowej. Czyli, aby nie uczestniczyć w tym konflikcie, po prostu wyjechał. Za to babcia i Ania zaplanowały, że wspólnie z współlokatorkami przygotują wieczerzę wigilijną, zaśpiewają kolędy, pójdą na Pasterkę, aby modlić się za całą rodzinę i duchowo łączyć się ze wszystkimi. 

Tymczasem okazało się, że w wigilię jest normalny dzień pracy, a po niej wszyscy bardzo się śpieszą do domów. Stasia i jej dwie współlokatorki zamierzały jednak po polsku przeżyć wigilię. Zakupić karpia zadeklarowała się Ania, ale okazał się to bardzo trudne, gdy przyszły do polskiego sklepu nie było już wielkiego wyboru. Wzięła największą rybę, ale kobiety nie przewidziały tego, kto go zabije. Zawsze w ich domach robili to mężczyźni. Teraz trzeba było go ogłuszyć a następnie upuścić mu krew, wypatroszyć i posortować. Stosowały różne sposoby. W końcu z trudem i bólem przygotowały rybę. 

Ania wspomina, że ta skromna wieczerza była w jej życiu bardzo wzruszająca. Były razem z babcią, ale oddalone od wujka i całej rodziny tysiące kilometrów. Wszystkie próbowały śpiewać kolędy, ale głos im się łamał. Później mówiły, że to wstyd, żeby nie potrafiły zaśpiewać kolęd, brakowało słów, fałszowały melodie, choć zawsze któraś z pań, coś sobie przypominała i podtrzymywała śpiew. Zapewne dochodziło jeszcze wzruszenie, a może i ból. Później wzajemnie przekazały sobie podarunki. Były symboliczne, praktyczne – kosmetyki i małe ciuchy. 

Szybko jednak rozeszły się. Jedna poszła do parku, druga na spacer, a Stasia i Ania zaczęły rozmawiać o prezentach do Polski, by zakupić je wykorzystując duże obniżki cen po świętach. Już sama rozmowa o tym co i komu sprezentują, sprawiała im dużą przyjemność. Na koniec Stasia wyjęła swoje zarobione dolary i postanowiła podzielić je według tego, co komu zmierzała przekazać. Układała je w kupki, zastanawiała się i przekładała raz z jednej na drugą, a po chwili odwrotnie. Zawsze było za mało. Ale mimo wszystko sprawiało jej to wielką radość. Na łóżku leżały nie tylko dolary, ale sens jej pracy i rozłąki z rodziną. Ania tylko czasami podpowiadała, że może coś komuś odjąć, a innym dodać. Potrzeby rodziny widziała nieco inaczej i korygowała decyzje babci, które wynikały z próśb przysyłanych w listach. Nie zawsze to co pisano było zgodne z prawdą. Im ktoś bardziej narzekał, tym bardziej wzbudzał współczucie, ale Ania zauważyła, że to może spowodować iż babcia nigdy nie wróci do Polski, bo zawsze jej pomoc będzie wydawała się zbyt mała i ciągle potrzebna.

Gdy już wszystko podzieliły, wypiły kompot owocowy, zjadły ciasto makowe, zaczęły zastanawiać się nad tym, jak gotówkę przewieść samolotem. Stasia myślała o tym już od dawna więc na zakończenie ich wigilii podarowała Ani uszyty przez siebie pas z kieszonkami na banknoty. Zauważyła też, że można wszyć je w stanik, który Ania będzie miała na sobie, a koleżanki mówiły jej, iż dobrze jest wkładać pieniądze w buty lub wszywać w płaszcz. Trzeba podkreślić, że nie chodziło o nielegalne wywożenie gotówki z USA, bo Ania zabierała do polski tylko 5 tys. dolarów, na co pozwalały przepisy celne, ale bezpieczeństwo w Polsce, po wylądowaniu i przejeździe z lotniska do domu. Osoby wracające ze Stanów były bowiem obserwowane i okradane już w Ojczyźnie.

Ania uważała iż jest to niepotrzebne, bo któż mógłby ją okraść, ale czuła też odpowiedzialność za pieniądze ciężko zapracowane przez babcię. Później wspominała, że ten pobyt, praca, a szczególnie wigilia i powrót do kraju, był podobny do tych, które znała z obrazów i sztychów Artura Grottgera, a szczególnie obrazu Jacka Malczewskiego Wigilia na Syberii. Tam przy pustym stole zasiadła grupa mężczyzn przed pajdami chleba, a w Nowym Yorku, w mieście wolności, zasiadło kilka kobiet tak samo zmęczonych pracą i złamanych tęsknotą za Ojczyzną, przy namiastce wigilijnych potraw, uwięzionych swym nielegalnym losem, który był z jednej strony azylem, ale z drugiej poniekąd więzieniem. Musiały tu ukrywać swoją pracę i strzec swoich pieniędzy. W każdej chwili mogli wpaść urzędnicy Emigration i deportować do kraju.

Ania po świętach z radością robiła zakupy, wszystko dobrze przeliczała i zastanawiała się, czy warto jest kupować, czy jest to lekkie, czy ciężkie, czy jej bagaż nie przekroczy norm. Ale najbardziej chciała normalnie odpocząć, wyspać się wygodnie w swoim łóżku i skorzystać z dolarów w Polsce, gdzie przelicznik pozwalał na „szaleństwa” w zakupach. W ciągu dwóch miesięcy zarobiła i zaoszczędziła prawie dwa tysiące dolarów. Razem z prezentami od wujka i babci wracała „bogata”, ale dłonie miała obolałe i zniszczone. Prosta praca okazała się dla niej bardzo ciężka, na dłuższą metę była by nie do zniesienia. Tym bardziej podziwiała babcię, jej poświęcenie, a dolary nabrały jeszcze większej - innej wartości. W końcu odważyła się i zapytała, czy babcia zechciała by z nią wrócić do Polski. Stasia zastanowiła się i odpowiedziała, iż czuje, że ma coś jeszcze w Ameryce do zrobienia i opowiedziała Ani o swoim spotkaniu z Ireną i jej mężem i o tym, że jakaś cienka nic więzi z tymi ludźmi ją tam zatrzymuje. Chciała też być dłużej blisko swego syna. 

Anna natomiast wracała z radością, którą dostrzegli celnicy na lotnisku i wcale jej nie kontrolowali. Wracała więc „bogata” w dolary i doświadczenie, pogłębiła znajomość języka i poznała nowy świat, który okazał się dwulicowy, przyjazny, ale bardzo wymagający. 

Jedna z przyjaźni amerykańskich

 

W okresie pracy w szwalni Stasia najlepiej odpoczywała w Kościele. Chodziła na nabożeństwa codziennie. Kościół polski znajdował się około 15 minut drogi spacerem od mieszkania i szwalni. Przychodziła do niego zawsze nieco wcześniej przed wieczorną Mszą św., aby odmówić swoje modlitwy. Poza różańcem i modlitwą za zmarłych, zawsze zwracała się do swojego Anioła Stróża i do Aniołów osób, za które się modliła. Odmawiała też modlitwy do wielu świętych, patronów i pomocników w różnych codziennych sprawach. Szczególnie modliła się do św. Judy Tadeusza, patrona spraw trudnych, za swojego syna Ryszarda, aby miał dobre relacje ze swoją żoną i szczęście w prowadzeniu interesów oraz do św. Krzysztofa, patrona kierowców, aby go strzegł w czasie podróży samochodami transportowymi. Do św. Franciszka, patrona pokoju, aby w rodzinie panowała zgoda. Nigdy nie opuszczała nabożeństwa majowego i różańcowego, Gorzkich żali i Drogi krzyżowej. 

W sumie modliła się bardzo dużo. Zauważali to wszyscy znajomi, a szczególnie Helenka, która z tego powodu powierzyła jej swój sekret. Helenka również dużo się modliła, ale nie codziennie i nie tak długo. Wyróżniała się tym, że miała wiele różnych kontaktów w Stanach, w Polsce, a właściwie na całym świecie. 

Gdy pewnego razu przyjechał ksiądz z Polski i zbierał ofiary na budowę świątyni w okolicach rodzinnych Helenki, zwróciła się do Stasi z prośbą o wsparcie. Przekonywała iż wspólnie można znacznie więcej zrobić dobrego. Sama ufundowała dzwon, na który przeznaczyła aż 7 tys. dolarów. Z entuzjazmem organizowała też inne osoby, w tym również Stasię. Zresztą szczyciła się tym, że fundowała dzwony w nowobudowanych kościołach również w innych regionach Polski. Helenka wtedy przeznaczała zawsze jakąś kwotę potrzebną na ufundowanie dzwonu w takim kościele. Stawiała przy tym jeden warunek, aby dzwon ten zabił na jej pogrzeb, niezależnie od tego, gdzie zostanie pochowana, a gdyby się to nie udało, nawet po jakimś czasie, gdy tylko proboszcz dowie się o jej śmierci. 

Wtedy zawsze brała na świadka Stasię i czasami prosiła o pomoc w wytłumaczeniu księdzu, jaka jest jej intencja. Księża bowiem często wskazywali, że w czasie budowy są znacznie ważniejsze potrzeby niż fundowanie dzwonu. Dzwony należą bowiem do wyposażenia świątyni już wzniesionej. 

Gdy udało się jej dokonać takiej fundacji, zapraszała Stasię na kolację w restauracji w parku, nad brzegiem Hadson Riwer. Raz przynosiła niewielki albumik zawierający zestawienie wszystkich tych fundacji. Gromadziła w nim korespondencję. Były też zdjęcia niektórych ufundowanych dzwonów, podziękowania, różne opisy. Helenkę najbardziej interesowało pod czyim są wezwaniem, aby razem ze świętymi głosiły modlitwę w jej intencji. Za pierwszym razem Stasia była zdziwiona, że można dokonać tak wielu fundacji. Przecież gdyby je zestawić razem w jednym miejscu i pozwolić zabrzmieć, zapewne była by piękna muzyka, powstałby duży karylion. 

Takie skromne spontaniczne spotkania, początkowo były bardzo radosne, ale czasami przeradzały się w smutną zadumę, nad losem człowieka, nad pracą wykonywaną przez Helenkę, której celem powoli staje się jedynie zapewnienie sobie bicia w dzwony w czasie śmierci lub pogrzebu. Czasami, rozważała ze Stasią, czy za kilka lat, wiadomość o jej śmierci dotrze do proboszczów w kilku różnych krajach, a po drugie, czy oni zechcą wywiązać się z umowy fundacyjnej. Przecież, któż będzie o niej pamiętał - o staruszce dziwnie wydające swoje pieniądze. Księża się zmieniają, ludzie zapominają. Na to Stasia zawsze ją pocieszała, iż nie jest ważne, czy rzeczywiście dzwony zabiją, lecz ważna jest jej intencja i cenna nagroda u Boga za ofiary. Namawiała też, aby sobie wyobraziła głos wielu dzwonów, na wzór tych, które dochodziły z kościoła polskiego. Te były tylko w święta. A ten dźwięk, przy odpowiedniej pogodzie rozchodził się nad Hadson Riwer, a przez morze było im blisko do Polski. Helenka zawsze marzyła o tym, aby mogła spocząć na swoim parafialnym cmentarzu, na Podlasiu. Tam zawsze w czasie pogrzebu biją dzwony odprowadzając zmarłych do grobu i głosząc to po polskiej krainie. 

Prawdopodobnie, gdy Helenka umierała, była fundatorką 12 dzwonów w Kościołach w Polsce, Wenezueli, Kongo, na Ukrainie i Litwie. Gdy jej rodzina dowiedziała się o tym, obraziła się na nią. W listach jej bliscy zarzucali jej rozrzutność, brak rozsądku i brak miłości do swoich. Swoją drogą musiało to wyglądać bardzo dziwnie, gdy proboszcz ją wychwalał, dziękował jej i jej rodzinie publicznie za ofiarę, a najbliżsi oburzali się na jej postępowanie.

Niewiele osób wiedziało, że kwoty fundacyjne nie pochodziły tylko od niej. Helenka dobrze umiała zorganizować zbiórki i dotrzeć do wielu dobroczyńców. Przykładowo, często opowiadała o różnych potrzebach rodzin wielodzietnych, w których wśród wielu dzieci był ktoś szczególny, wart wsparcia. 

Stasia zapamiętała zbiórkę na gitarę dla zakonnicy, która pochodziła z rodziny wielodzietnej, było w niej aż 11 dzieci. Siostra ta będąc katechetką pięknie śpiewała i zwróciła się do Helenki z prośbą o sfinansowanie kupna dobrej gitary. Helenka zorganizowała zbiórkę, a Stasia przeznaczyła na nią, aż 500 dolarów. Później okazało się, że zakonnica prosi jeszcze o dalsze pieniądze na sprzęt nagłaśniający. Stasia więc znów podarowała 500 dolarów. 

Organizując zbiórki wśród Polonii Helenka pomagała również misjonarzom i utrzymywała ich działalność w Afryce i Ameryce Południowej. Zawsze były to decyzje spontaniczne, czasami nierozważne. Stasia nigdy nie zastanawiała się nad tym, czy jest to uczciwe, czy pieniądze docierały rzeczywiście do potrzebujących. 

Dopiero z czasem zauważyła, że Helenka wiele opowiadała o swojej rodzinie w Polsce, ale niewiele o swoim przyjeździe do Ameryki w latach siedemdziesiątych. Stasia nigdy też nie pytała jak udało się jej licznej rodzinie uzyskać paszporty i wizy, skąd miała tak dobre i rozległe kontakty w Stanach i najważniejsze dzięki czemu tak szybko się wszyscy dobrze urządzili. Tajemnicą Helenki była jej relacja z córką, o której mówiła, że nigdy jej nie pomagała. Tłumaczyła, że jest już dorosła i sama winna sobie umieć poradzić. Oficjalnie była dla niej bardzo surowa. Stasię raziło to, że dla obcych była bardzo życzliwa i dobra, a dla bliskich bardzo surowa i wymagająca. Jak było rzeczywiście, nie wiadomo, a może była to poza. Stasia była nią jeszcze zauroczona.

Stasia w fałszywym Kościele

 

     Po dwóch latach przyjaźni Helenka zaprosiła Stasię do nowego Kościoła polskiego. Mówiła o przybyłym niedawno księdzu z Polski, który spodoba się jej bardziej niż proboszcz, który prowadził dotychczasową polską parafię. Był on już Amerykaninem, pochodził jedynie z polskiej rodziny, która przybyła do Ameryki w okresie międzywojennym. Wtedy też wzniesiono kościół, do którego dotychczas uczęszczały. Budynek był już wyeksploatowany, nie posiadał zabezpieczeń przeciwpożarowych, klimatyzacji – a to było bardzo ważne w upalne dni dla mieszkańców Nowego Jorku. Księża opuszczali wtedy kazanie w czasie mszy. Nie mieli też serdecznych kontaktów z emigrantami, szczególnie tymi, którzy przybywali do Stanów po „wiośnie solidarności”. Czasami byli oni podejrzewani o współpracę z komunistami i o ucieczkę z kraju przed gniewem społeczeństwa. Było w tym wiele prawdy.

Stasia oczywiście nie wiedziała, że Polonia amerykańska jest podzielona z wielu powodów. Jednym z nich był okres emigracji, który był związany z dziejami świata i historią Polski. Najstarsza grupa jest bardzo zamożna, dobrze wykształcona i wpływowa. Później były następne fale, szczególnie związane z następstwami II wojny światowej. Wszystkie one odgradzały się od emigracji ekonomicznej po 1980 r., która miała duże powiązania z władzami komunistycznymi. Służby specjalne PRL-u inwigilowały nie tylko dawną Polonię, ale także prowadziły wywiad wojskowy, gospodarczy i społeczny na rzecz władz polskich, a ostatecznie ZSRR. Służby nie tylko prowadziły wyznaczone akcje, ale podejmowały się własnej działalności gospodarczej, by finansować swój pobyt, korzystając ze swoich kontaktów. Doświadczyła tego również Stasia.

Helenka ostatecznie namówiła ją, aby zmieniła parafię i zaczęła uczęszczać do nowopowstającego kościoła, który organizował od podstaw ks. Adam. Był miły, wesoły, miał czas dla wszystkich, którzy się do niego zwracali o pomoc. Niedawno przybył z Polski, a doskonale orientował się w systemie prawnym i organizacji życia gospodarczego, przepisach emigracyjnych itp. Miał szerokie kontakty i bardzo dużo potrafił załatwić. Szybko znalazł uznanie wśród emigrantów, organizację nabożeństw dostosowywał do potrzeb wiernych. Znajdował wiele zrozumienia dla skomplikowanych losów tych, którzy wyjechali z Polski i tam pozostawili swoje problemy, choć często w Ameryce popadli w nowe. Ksiądz szybko stał się ich powiernikiem, cierpliwie wysłuchiwał zwierzeń, które miały bardzo różny charakter, zaczynając od spraw poważnych, nawet od przestępstw, a kończąc jedynie na ucieczce przed nieudaną przeszłością moralną.

Nowa świątynia mała być dopiero zbudowana, wierni najpierw spotykali się w wynajętej sali. Potrzeba było dużych funduszy, projektu, architekta, budowniczych, pozwoleń i wszelkich innych formalności. Jedynie wykonawców nie trzeba było szukać, bo fachowcy z Polski czekali na rozpoczęcie prac. Stasia również zaangażowała się w ten projekt, składała systematycznie ofiary na organizowanie nowego ośrodka duszpasterskiego, który miał być przeznaczony dla Polonii, która w ostatnim czasie, czyli po 1980 r. przybyła do Stanów. 

Stasi wszystko podobało się do momentu, gdy ksiądz organizator ogłosił iż przybędzie biskup, który pobłogosławi dzieło budowania nowej świątyni i parafii. Nabożeństwo zostało przygotowanie i przeprowadzone zgodnie ze wszystkimi zasadami liturgicznymi. Zresztą wcześniej wszystkie nabożeństwa były zgodne z księgami Kościoła katolickiego, ale tym razem Stasię uderzyło to, że przybyły duchowny jako biskup był niedbale ubrany, zachowywał się bardzo luźno, a nawet prostacko, a najważniejsze było to, że miał zamiast starannej fryzury – kucyk.

Po długim nabożeństwie Stasia wróciła do mieszkania i podzieliła się swoimi spostrzeżeniami ze współlokatorkami. Panie uznały, że im również nie podobał się sposób zachowania tego biskupa, ale przecież ludzkie charaktery są różne. Stasia zauważyła jednak, iż nigdy nie słyszała, aby w Polsce jakiś biskup miał niedbałą fryzurę, ubierał się i zachowywał niedbale. Biskupi zawsze są dostojni, zachowują pewien dystans, bije od nich pewien majestat. Dla Stasi zachowanie wesołkowate i niestaranne ubranie było podejrzane. 

Z czasem jej podejrzliwość narastała, zastanawiał się również nad tym czy dobrze robi wspierając swoimi ofiarami tego nieznanego duchownego.

Po kilku dniach odważyła się, podeszła do księdza i zapytała wprost prosząc, aby ksiądz spojrzał jej w oczy i powiedział, czy parafia, którą zakłada będzie Kościołem katolickim, rzymskim, prawdziwym i dodała, czy on jest księdzem katolickim. Duchowny zmieszał się, odciągnął ją na bok od innych parafian i delikatnie powiedział: „no nie”.

Stasia poczuła się oszukana. Wyszła przed budynek wzburzona, ale nie ogłosiła tego innym wiernym. Smutna wróciła do mieszkania. Tej nocy nie przespała, myślała o tym, czy jej modlitwy zanoszone w tym fałszywym kościele zostały wysłuchane przez Boga. Przecież zamawiała i ofiarowała kilka mszy za bliskich zmarłych, modliła się w niedziele sądząc, że odprawia się Eucharystia, a było to przecież przedstawienie. Człowiek udający kapłana zachowywał się i odgrywała jakąś rolę liturgiczną, ale przecież drwił sobie przez kilka miesięcy z naiwności kilkuset osób święcie przekonanych, że dokonują czegoś ważnego i wznoszą nową polską parafię. Stasia głęboko poczuła się ponownie oszukana w Ameryce. Cóż miała zrobić, po prostu wróciła do dawnego kościoła i księdza. 

Gdy jej koleżanki pytały dlaczego tak nagle zerwała z nowym księdzem, najczęściej machała ręką, co mogło znaczyć, że si wstydzi swojego zaślepienia i tego, że tak wielu Polaków dało się nabrać na piękne słówka i zachowania. Nie mówiła ile dolarów przeznaczyła na to fałszywe przedsięwzięcie, bo znów część jej pracy poszła na marne. Wtedy też ochłodziła swoje kontakty z Helenką, a z czasem – dopiero gdy Ania po raz drugi przybyła do Stanów – zaczęła zastanawiać się nad tym, kto chciał zarobić na naiwności emigrantów z Polski oraz czy Helenka była częścią planu tych złych sił. Głośno o tym rozmawiała dopiero z Anią. Zastanawiały się nad tym, jak bardzo złe siły musiały działać i jak bezwzględni ludzie uwikłali się w udawanie kościoła, bo nie byli to nawet przedstawiciele Polskiego Kościoła Narodowego. 

Więc kim byli? Skąd mieli tak wiele odwagi w obcym kraju, wiedzy o liturgii, orientacji w oczekiwaniach wiernych i psychologii społecznej. Ania zwracała babci uwagę na to, że musieli mieć jakieś dokumenty, zezwolenia władz administracyjnych. Wszystko to, a szczególnie wątpliwości Stasi - były bardzo podobne do tych o działalności bossa. 

Wtedy na krótko zamknęła się w sobie, pytając Boga o sens dalszego pobytu w Ameryce. Mijał zachwyt Ameryką, a szczególnie wolnością w niej obowiązującej. Właściwie jedynym pozytywnym wspomnieniem było spotkanie z Ireną w parku. Ale przy tej okazji złożyła obietnicę jej mężowi. Ciekawiło ją jaki może być tego sens, a może w końcu uda się jej zarobić więcej dolarów. Adam tymczasem zaczął ciężko chorować i zdecydował się odnowić kontakt ze Stasią.

3 października 2020 r. godz. 10,00

Inauguracja ze Mszą św. i spotkaniem z p. notariusz Agnieszką Marią Adamonis

28 listopada 2020 r. godz. 10,00

Odwołany

17 października 2020 r. godz. 10,00

Odwołany

19 grudnia 2020 r. godz. 10,00

Opłatek odwołany

24 października

Odwołany

2 stycznia 2021 r. godz. 10,00

Odwołany

14 listopada 2020 r. godz. 10,00

Odwołany

 

30 stycznia 2021 r. godz. 10,00

Odwołany